Najpiękniejszych chwil w życiu nie zaplanujesz. One przyjdą same. — Phil Bosmans

piątek, 7 stycznia 2011

Wstępne poprawki, a zarazem zmiany pokoju dziennego nastąpiły. Prawdę mówiąc trochę się zawiesiłam na ustawianiu i przesuwaniu. W domu bałagan, dzieci zawieszone na telepatrzydle i chyba czas na zajęcia w realnym życiu moich pociech.
Nie wiem jak to jest, ale kiedy tylko czujność spada mi nawet o kilka tylko procent to moje dzieci jakby prowadzone na sznurku idą w kierunku tv. Nie bardzo wiem jak wyrwać dziewczątka ze szponów nałogu. Próbowałam różnych metod i jest dobrze wtedy, gdy to ja wymyślę zajęcia nietelewizyjne. No chyba, że jest wyraźny zakaz.
Czasem dochodzi do tego, że ja i mąż na sankach, a dzieci z udręczonymi minami ciągną się za nami. Może to ja mam jakiś problem, ale tracę powoli cierpliwość, bo nie mogę całymi dniami wymyślać zajęć dzieciom lub naprzemiennie bawić się z nimi.
Może są jakieś prostsze metody na odciągnięcie dzieciaków od telepatrzydła? Będę wdzięczna jeśli znajdzie się jakaś dobra duszyczka ze złotymi radami.
Teraz moje zmagania z pokojem dziennym:




już dzisiaj wiem, że skoro ja nie potrafię się zdecydować na jednorodność stylistyczną powstaną kolejne propozycje i odbędzie się rodzinne głosowanie.
Sypialnie też już mam, ale może nie teraz? ;)

środa, 5 stycznia 2011

Dni upływają tak szybko, czasem z zaskoczenia witam nowy dzień nie wstając, a kładąc się spać.
Rano jak zwykle pobudka po kilku godzinach snu, bo dzieci rano idą do szkoły.
Czasem, gdyby nie dzieci to chyba dzień mieszałby mi się z nocą.  A tak codzienne rytuały : pobudka, śniadanie, szkoła, obiad, druga szkoła, lekcje, kolacja, dobranocka...... .
Tzw. wolny zawód bywa zdradziecki w organizowaniu sobie czasu pracy i pewnej dyscyplinie.
Postanowiłam sobie ją, czyli tą dyscyplinę narzucić w kilku dziedzinach życia, a czas pokaże czy dałam radę :)
Jednym z zadań, już wspominałam, jest w miarę możliwości częstsze bywanie na własnym blogu, co też niniejszym czynię . Aby nie był to pusty wpis, zamieszczam moje zmagania z projektem własnego domku. Dzisiaj będzie korytarz. Jest niewielki więc marzy mi się lustro na jednej ze ścian, niewiele sprzętów zagracających i tak malutkie pomieszczenie. Co ja będę ględzić, zamysł jest taki:



Chronologicznie to teraz powinien być pokój gościnny ale niestety uległ dekonstrukcji bowiem ściana z cegły postawiona pomiędzy nim, a kuchnią wprowadziła lekkie zamieszanie, które należy okiełznać. Czyli wypadł z kolejki na późniejsze prezentacje :)

wtorek, 4 stycznia 2011

nowy rok - nowy dom ?

Nie wiem jak u innych, ale w naszym przypadku kupno działki okazało się niezwykle długim procesem.
Latem kiedy wszystko, aż kipiało zielenią, kolorowym kwiatem wiedzieliśmy już, że to jest ta nasza jedyna. Teraz też to wiemy, ale czekanie na "wyprowadzenie" wszystkich spraw formalnych na tzw. prostą tak, aby transakcja doszła w końcu do skutku sprawiło,  że powoli zaczęłam tracić nadzieję.
Jest jednak promyk słońca w tym wszystkim i być może do końca stycznia będziemy szczęśliwymi posiadaczami najpiękniejszego miejsca na świecie :)).

Na razie powoli projektuję sobie domek, zmieniam koncepcje, konsultuję z rodzinką, a małżonek dopracowuje wszystko od strony techniczno-budowlanej.

Oto kilka moich pomysłów, które oczywiście zmieniają się wraz panującymi nastrojami.
W kuchni od poprzedniego "razu" kiedy pokazywałam raczkujący zamysł powstały małe zmiany,
teraz to wygląda tak:

 




Teraz wraz ze zmianą w kuchni, a przesunęłam jedną ze ścian działowych, muszę zmienić pokój, który wciąż w projekcie jest otwarty na kuchnię , o tak :


czyli zabawa w projektowanie trwa dalej.
Nie przypuszczałam, że jestem tak marudnym i małostkowym klientem ;)
Niedługo następne pomysły.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

NOWY ROK 2011

No tak, kiedy coś się zaczyna powinno się wcześniej zapoznać z tematem i wiedzieć, czy jest się w stanie go udźwignąć. Ja niestety poległam już w pierwszych dniach nowego roku szkolnego moich córek.
Okazało się, że moje plany są przeze mnie niewykonalne, tzn. oczywiście mogłabym spać krócej, ale niestety krócej niż 5 godzin snu w moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Ja nie potrafię. Muszę spać i basta.
Na tym kończę użalanie się nad sobą.

Nastał nam miłościwie panujący, właściwie raczkujący NOWY 2011 ROK.
Planów znów mam ogrom, chęci jeszcze są, więc może uda mi się z niektórymi postanowieniami dotrwać do końca.
Na razie po świątecznych przygotowaniach, które wyglądały jak pobojowisko:






świątecznych klimatach jemiołowo-choinkowo-światełkowych:







nastał czas posumowań i postanowień.
Pierwsze z nich, które dotyczą moich "zapisków z codzienności" to częstsze zapisywanie tego, co przeżywam każdego dnia, a to nie jest proste w ferworze codziennych obowiązków.


A tym co czasem tu zaglądają,
życzę z całego serca, 
aby wszystkie złe chwile zostały za nami,
a nadchodzące dni 
przyniosły optymizm i wiarę w pogodne jutro
2011 roku.
P.S.
ku mojemu zaskoczeniu zaglądało tu parę osób podczas mojej nieobecności, za co ogromnie dziękuję, bowiem to one właśnie sprawiły, że w postanowieniach noworocznych jest też (w miarę możliwości) systematyczne bywanie na własnym blogu ;)



 

piątek, 8 października 2010

tak jak wspominałam będzie teraz 10 x lubię - dawkowane powoli bo trudno jest mi ot tak wypunktować co lubię

pkt. 1

dzisiaj będzie o wierszach, które uwielbiam czytać w samotności przy wieczornej herbatce, otulona cieplutkim kocem, przy świetle lampy
lub już w łóżeczku nocą, kiedy cały dom smacznie śpi

znalazłam coś takiego, niestety nie znam autora:


Uśmiechnięte wiersze lubię,
mówię zawsze o tym szeptem,
nosić trzeba je przy sercu
roztęczając tym powietrze….

Są jak pocałunki słońca
złotej nitki śpiewnym splotem,
bramą, którą wchodzi radość
i motylich nóg tupotem.

Rozwijają ścieżki pragnień
w nich kodując śpiew słowika,
zaszywają w błękit myśli,
by tęsknoty łza zanikła.

Wyszywają słowem szczęście,
leczą duszę swym nastrojem
przeciw smutkom dają w dłonie
ciepłolubną gwiazd rękojeść.
 
 

środa, 29 września 2010

Czas to taka bestia, której ostatnio mi brak, czyli po prostu NIE MAM CZASU,
Czas to taka bestia, która ucieka bezlitośnie, mimo iż bardzo go potrzebuję, czyli po prostu NIE MAM CZASU,
Czas to taka bestia, która nieustannie mnie goni, czyli po prostu NIE MAM CZASU....
i tak mogłabym rozprawiać od niemalże miesiąca
Z jednej strony powinnam się cieszyć, bowiem zamówienia posypały się jak z rękawa, ale z drugiej nadmiar prac sprawia, że jestem zaniepokojona co do jakości moich usług, a w domu ciągły bałagan.

Nie bardzo wiem czy pokazując swoje projekty robione dla klientów, nie naruszałabym czyjejś prywatności więc posłużę się tu tym co ostatnio wymyśliłam do własnej kuchni.
Proszę o wyrozumiałość, jeszcze nie ma wielu rzeczy dopracowanych , chociażby to, że ściana nad blatem roboczym jest przykryta tylko "czymś w dziwne kwiatki" chodziło mi bardziej, aby tak na szybko dodać jakiekolwiek kolory, sprzęt i szafki niedopracowane, ale brak czasu na zrobienie tego tak jak należy...



Jedno co mnie pociesza to to, że nareszcie ruszyłam z miejsca. Chociaż jak widać na załączonym obrazku nie jest to rewelacja, ale jakiś punkt wyjścia już tak. Pomyślałam sobie, że może jak pokażę oficjalnie to co zamierzam to znajdzie się jakaś dobra duszyczka, która "konstruktywnie" mnie skrytykuje i natchnie oryginalnym pomysłem? ;) 

Oczywiście działki jeszcze nie ma, ponieważ okazało się, że dokumentacja jeszcze nie jest "wyprowadzona" i musimy poczekać, aż wszystkie tzw. urzędowe "sprawy" będą w pełnym komplecie.
Zaczynam mieć obawy, czy uda nam się kupić działkę, którą odwiedzamy już jak swoją. 


Jak tytuł wskazuje będzie misz-masz.
Długo nic nie pisałam więc postanowiłam trochę poszaleć.


W tak zwanym między czasie zrobiłam ulubione powidła śliwkowe.

W tym roku "poszłam na całość" i dodałam skórki pomarańczowej. I chociaż prawdziwy smak poznamy trochę później, próby w trakcie prac pokazały, że warto czekać na efekty do otwarcia pierwszego słoiczka ;)
Pierwszy raz słoiczki przyozdobiłam napisami i kawałkiem lnianej tkaniny.




Pozostałe kuchenne wariacje na temat przetworów niestety nie doszły do skutku. Porzeczki zebrane z krzaczków musiały iść szybko do miksera jako dodatek do jogurtów inaczej trzeba byłoby je wyrzucić, takoż samo truskawki, z wiśni na drzewach pozostały tylko pestki. Tak tak tylko pestki, wszystko zjadły ptaki. I tak oto z braku czasu pozostałam w tym roku z kilkoma słoiczkami powideł śliwkowych.
Na szczęście moja kochana teściowa znając moje zamiłowanie do ogórków kiszonych podarowała mi 90 słoików. 90 słoików 3 litowych! A muszę przyznać, że to najlepsze ogórki jakie kiedykolwiek jadłam, a  w tej materii jestem znawcą. Świat bez ogórków kiszonych jest nie dla mnie ;) Kochana jest prawda?



Rozpisuję się, trochę się chwalę, trochę narzekam ale ogólnie bilans z tego okresu jest plus. 

Dziewczynki też potrzebują więcej uwagi z mojej strony, bowiem początek roku szkolnego to dla naszej rodziny zawsze jest rewolucja.  Musimy zgrać zajęcia w szkole tzw. publicznej czyli podstawowej i zajęcia w szkole muzycznej, która jest w innej miejscowości.
Ten rok jest o tyle trudniejszy, ponieważ w tym roku druga nasza latorośl zaczęła również naukę w szkole muzycznej. Cała trudność polega na tym, że to ja jestem szoferem. Trzeba więc zgrać zajęcia w szkole podstawowej, z zajęciami w muzycznej, z zajęciami dodatkowymi Jagódki ( starszej córki), no i moją pracą.
Powoli wszystko się już stabilizuje, a ja czuję się jak mistrz logistyki.

Jeszcze tylko muszę opanować chaos przy remoncie u klienta, gdzie poza projektem zlecenie obejmuje również wykonanie i nadzór, czyli kompleksowa usługa pod klucz. Chaos powstał z powodu ekipy remontowej. Właśnie, kiedy już wszystko jest dograne, wszystkie terminy kto, kiedy i po kim wchodzi ekipa wykończeniowa zrezygnowała. Powód - nie wyrobiła się pracami na poprzednim miejscu. Mam tydzień na znalezienie nowych fachowców i jak to mawia mój małżonek (to chyba śpiewał Wiesław Gołas) "Twarz mi blednie, włos mi rzednie, Psują mi się zęby przednie" .

Uf chyba się wyżaliłam za wsze czasy.

Teraz przygotowuję się do zabawy, którą zaproponowała mi wieki temu Karolina na swoim blogu  Mojemanderlay
zabawy w 10X lubię
do zobaczenia za chwilę    

sobota, 11 września 2010

nie ma co , zaczął się rok szkolny, a ja jeszcze żyję wakacjami, 
   







czy były udane? 

były wycieczki połączone ze zwiedzaniem:
były spacery przy zachodzie słońca:


był odpoczynek na pomoście ;)


była przygoda :


ba, była nawet plaża:


nie wspomnę o zamkach na piasku :))


ale wszystko co dobre kończy się szybko i zaraz po przyjeździe trzeba było wpaść w wir codzienności

tym bardziej,  że moja młodsza pociecha została pierwszakiem

emocje ogromne dla nas rodziców i dla niej, 
choć przyznam, że posłałam ją do szkoły z wielkimi obawami, ponieważ to jeszcze krasnoludek, który dopiero w grudniu skończy 6 lat
może ktoś pomyśli, że jestem wyrodną matką pozbawiającą własne dziecko dzieciństwa, ale przez calutki rok zbierałam opinie, robiłam wywiady, dopytywałam każdego kogo napotkałam na swojej drodze co powinnam zrobić
jeśli ktoś ma dziecko w wieku tzw. przed  szkolnym - tu nie ma błędu celowo rozdzieliłam ten wyrazwie o czym piszę 
my rodzice wielkodusznie dostaliśmy wybór od naszych władz czy posłać dziecko do szkoły w wieku 6 czy 7 lat, już niedługo tego wyboru nie będzie bowiem kolejna reforma w oświacie właśnie postanowiła "pomóc" malutkim ludziom i ich rodzicom "dogonić" w rozwoju genialnie wyedukowanych ludzi zachodu
jaki więc problem ? 
pytań miałam nieskończoną ilość
czy zabiorę jej dzieciństwo
czy taki maluch poradzi sobie emocjonalnie
czy tak duże różnice wiekowe w jednej klasie bo nawet 2 lata to dobrze czy źle 
czy warto zatrzymywać dziecko w przedszkolu skoro program w szkole jest już przystosowany dla 6 latków
czy wysyłając do szkoły rok później sprawię, że będzie się nudziło przerabiając to co miało już w przedszkolu
czy skazuję je na przeludnione klasy
....

itp, itd
najgorsze , że minęło już 11 dni, a ja wciąż ne wiem czy dobrze zrobiłam
 z tym pytaniem już od dłuższego czasu budzę się i zasypiam 
i dzisiaj też przed zaśnięciem będę o tym myśleć i znów nie uzyskam odpowiedzi
???

dobranoc 

piątek, 13 sierpnia 2010

WAKACJE !!!




Wakacje , znów będą wakacje
wakacje będą znów....
tak śpiewał kabaret OTTO,
a dzisiaj śpiewamy my :))




poniedziałek, 9 sierpnia 2010

No i minął weekend. To były 4 pracowite dni.
Były i konfiturki, i pieczenie schaba (wszystkim tak zasmakował, że dostałam zamówienie na trzy takie), i pielenie ogródka(oj było co robić bo przez cały miesiąc nic nie pieliłam), ba nawet uszyłam 2 torebki dla swojej córci. Zamiar był troszkę inny, ale w ostateczności stwierdziłam, że wszystkie idą dla niej. Tutaj oczywiście nie omieszkam się pochwalić
oto one:




Sobota była dniem otwartym. Był u nas dawno niewidziany brat mojego kochanego mężulka wraz z rodzinką w skład której, poza oczywiście żoną, wchodzą dwie niesamowite dziewczynki. Zaczęło się bardzo oficjalnie, nakryto do stołu, ale po kilkunastu minutach nasz cały babiniec w postaci czterech rozkrzyczanych małych panienek przeniósł się do pokoju dziecinnego. Efekt? Lepiej nie pokazywać.
Po południu zmiana. Tzn. nie do końca.
My zaplanowaliśmy sobie "płynną wymianę" gości, ale my swoje, a życie jak zwykle swoje.
Nagle zapadła ciemność, z nieba lunął deszcz i rodzinka postanowiła poczekać na zmianę pogody. I tak oto mieliśmy już nie 4 ale 6 dziewczynek, bowiem przybyła "druga tura" gości. Dziewczyny szalały, a rodzice po oficjalnej części powitalno-zapoznawczej - też szaleli.
A co, my mieliśmy być gorsi?

I tak zastał nas wieczór.

W niedzielę dopadł nas .... dnia następnego.
Pojechaliśmy na naszą? no chyba naszą , raczej naszą, NA PEWNO NASZĄ
Zresztą co tu pisać
chyba bez zaliczki nie wyjedziemy na wczasy by ktoś nam nie "sprzątnął spod nosa", właśnie w niedzielę podjęliśmy decyzję o kupnie :








mocno wierzę w to, iż to ja zerwę tę kłódkę i otworzę bramę, bramę do naszego małego raju,
tak się rozmarzyłam, że nie mogłam usnąć




dzisiaj jeszcze musiałam pojechać do "wielkiego miasta" i nadrobić parę zaległości urzędowo-papierkowych powstałych po ostatnim dłuuuugim konfiturowo-gościnnym weekendzie, ale jutro pędzę "zaklepywać" swoje marzenia

środa, 4 sierpnia 2010

takasobiewanna

Ostatnio odwiedziłam pewien klimatyczny blog, mojemanderlay, w którym Karolina (pozwoliłam sobie na poufałość, jeśli zbytnią przepraszam) opisuje historię pewnego "klimatycznego" zlewu. Pierwsza myśl, po przeczytaniu była: przecież ja mam swoją starą, żeliwną wannę !
Jest ze mną odkąd pamiętam. Kiedyś, po jakimś remoncie, została wyrzucona i stała sobie gdzieś wstydliwie w niewidocznym kącie ogrodu, aż powróciłam na stare "śmieci" i wyciągnęłam ją stawiając w centralnym miejscu mojego mini ogródeczka.



Ale nie o wannie chciałam. Kiedy myślę o swoim nowym, przyszłym domu to zastanawiam jak znaleźć w nim, takim nowym, czystym miejsce dla rzeczy z własną historią. Przecież nie wstawię ich ot tak , w przypadkowy wstydliwy kąt, ani też nie narażę ich na śmieszność stawiając w centralnym miejscu. Czytając to co napisała u siebie Karolina, uświadomiłam sobie, że to jest nie tylko mój problem. Stare, czasem brzydkie przedmioty mają duszę, bo mają swoją historię, nie wyrzucajmy ich zbyt szybko, może warto znaleźć im odpowiednie miejsce.
Lubię nowoczesne klimaty we wnętrzach, ale dopiero mebel " z własnym życiorysem" sprawia, że czujemy się w nich jak u siebie, a nie w galerii.
Related Posts with Thumbnails